si na podrcznikach: dla klasy czwartej S uchamy Boga , dla klasy pitej Wielbimy Boga oraz dla klasy szóstej Z Jezusem idziemy do Boga . Zaplanowano je tak, aby po kadym dziale lub np. z kilku katechez danego dzia u, ucze móg wykaza si wiedz i umiejtnociami nabytymi podczas zaj. Zróni-
Podszedł do mnie zobaczyłam jego twarz. To była straszna, zimna twarz. Wdrapał się na mnie i próbował wejść we mnie, ale się broniłam. Cały czas widziałam jego oczy. Były zimne i spokojne. Gdy zobaczył, że nie może wejść we mnie wdrapał mi się na piersi, na twarz i dalej na ścianę. Widziałam Boga.”
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał, wstąpił na niebiosa, siedzi po
Dziecko jej zostało porwane do Boga i do Jego tronu. Niewiasta zaś zbiegła na pustynię, gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga. I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego i władza Jego Pomazańca. Oto Słowo Boże.
Ludzka twarz Boga. Czwartek, Św. Elżbiety Węgierskiej, zakonnicy (17 listopada), rok II, Łk 19,41-44. Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami.
Nie byłoby na przykład rozsądne, gdybyśmy wszyscy weszli na drzewa i zamieszkali na nich, naśladując Szymona Słupnika! W Starym Testamencie zapisano przykazanie: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie
. Please verify you are a human Access to this page has been denied because we believe you are using automation tools to browse the website. This may happen as a result of the following: Javascript is disabled or blocked by an extension (ad blockers for example) Your browser does not support cookies Please make sure that Javascript and cookies are enabled on your browser and that you are not blocking them from loading. Reference ID: #c093b148-1382-11ed-a800-756c4c6e6d51
Ludzie od wieków wierzyli, że patrząc się w niebo można odnaleźć wskazówki dotyczące nie tylko naszego życia, ale calego Wszechświata. Dziś jednak coraz mniej ludzi wierzy w podobne rzeczy, jednak dalej podziwiamy piękne zjawiska na niebie jak tęcza, gwiazdy, czy błyszczący Księżyc. Jakiś czas temu w Kanadzie na niebie pojawiło się coś co wielu internautów określiło symbolicznie jako Twarz Boga. Teraz dość podobne zjawisko miało miejsce w Meksyku. To tam chmury przybrały zagadkowy kształt, przypominający rękę, która przez wielu internautów została określana jako Ręka Boga. Oczywiście nie chodzi tu o fakt iż jest to realna ręka należąca do Boga, ale po prostu niecodzienne zjawisko o być może mistycznym pochodzeniu. Niektórzy są przekonani, że za takimi niezwykłymi ułożeniami chmur, czy innymi dziwnymi zjawiskami na Ziemi stoją ludzie którzy stworzyli projekt blue beam, który polega na tworzeniu iluzji, które mają zwodzić i przerażać ludzi. NIektórzy sądzą, że szykują się oni do dnia, w którym wyświetlą na niebie przerażające obrazy przez które ludzie będą myśleli, że czas Ziemi się kończy, a tak naprawdę będą to tylko zwykle iluzje. A, Wy co sądzicie o wydarzeniu z Meksyku? Czy według Was Ręka Boga to coś paranormalnego, a może to raczej zwykły przypadek lub faktycznie działanie ludzi? Jakie macie zdanie w sprawie Ręki Boga?
Na horyzoncie widać kopuły cerkwi. Nieco dalej jest drogowskaz na katolickie sanktuarium. Matka Boska Śnieżna patrzy z głównego ołtarza, ikona świętego Mikołaja zaś skromnie, z boku. Jeśli natomiast pojedziemy dalej na północ i wejdziemy w las – znajdziemy stary, niemal zapomniany już tatarski mizar. W niedalekiej wiosce możemy odwiedzić nawet meczet, a w miejscowości obok – ruiny synagogi, przypominającej czasy świetności miejscowej gminy żydowskiej. Tutaj błękitny krzyż wskazuje miejsce, gdzie pochowano Białorusinów. Na zarośniętym kirkucie dojrzysz pod mchem gwiazdę Dawida. Niedaleko, o, tam – kapliczka, krzyże stoją ramię w ramię – katolicki i prawosławny, z dwoma belkami dodanymi. Gdzie nie spojrzysz – inna świątynia, inny sposób na chwalenie tego samego Boga. Witajcie na Podlasiu! Drzewo przy bramie monasteru w Jabłecznej Ikony rzeką i wiatrem niesione – Ikonostas składa się z kilku rzędów, każdy ma znaczenie i swoją nazwę. Ale nie wszystkie zawsze muszą być, czasem cerkiew jest zwyczajnie za mała. Zawsze jednak znajdziesz Carskie Wrota, na prawo Pana Jezusa, a na lewo Bogurodzicę. Nad nimi zaś – Ostatnią Wieczerzę, bo to od niej wszystko się zaczęło. Czasem miałam wrażenie, że łatwiej tu o cerkiew niż o katolicki kościół. Wschodnie chrześcijaństwo ma nad Bugiem zdecydowaną palmę pierwszeństwa. Wielu mieszkańców ma białoruskie korzenie i wychowali się w takiej właśnie tradycji. Zjeżdżam z trasy, aby zwiedzić prawosławny monaster w Jabłecznej. Jest oddalony od “nadbużanki”, trzeba przejechać przez wieś, minąć bagna… Miejsce wprost idealne na wyciszenie i kontemplację. Do monasteru przylega leśny park, gdzie co chwila można się natknąć na wiekowe drzewa. Jedno z nich rośnie przed bramą, po prawej stronie, obwieszone tym, co pielgrzymi przynieśli ze sobą – różańcami, paciorkami, ikonami, krzyżami (niektóre zrobione na miejscu, z przewiązanych sznurkiem patyczków). Klasztor ma 500-letnią historię. – I działa tu nieprzerwanie! – podkreśla oprowadzający mnie brat. Potem otwiera ciężką kratę cerkwi i opowiada o ikonie świętego Onufrego – patrona świątyni. Święty Onufry był pustelnikiem żyjącym w IV w. Mieszkał na pustyni w Egipcie, odcięty od cywilizacji, żywiąc się tylko tym, co znalazł. Według legendy, gdy umarł, grób dla niego wykopały dwa lwy. Święty przedstawiony na ikonie to starzec, z długą, siwą brodą aż do ziemi. Jedynym jego ubraniem jest przepaska z liści. Ikona posiada srebrną koszulkę; według najnowszych badań, została napisana w XII w. – Tworzenie ikony to nie jest zwykłe malowanie obrazu – tłumaczyła z kolei przewodniczka z Muzeum Ikon w Supraślu – To cały rytuał i modlitwa. Wszystko ma tutaj znaczenie. Deskę do pisania trzeba odpowiednio przygotować. Złoto wykorzystuje się dla podkreślenia królewskości Boga. Barwniki – tylko naturalne. Jak powstaje taka ikona – możecie prześledzić tutaj. Święty Onufry przybył do Jabłecznej Bugiem. Tutaj wyłowili go z wody mnisi. Jeden z nich miał ponadto widzenie, w którym święty życzył sobie, aby to powstała świątynia poświęcona właśnie jego wstawiennictwu. Tak też się stało. Ikonostas w Jabłecznej Świecie zapalane przed ikonami Historia monasteru była burzliwa, tak jak wielu przygranicznych ośrodków religijnych. Nie ominęła także samej ikony. Podczas wojny ukryto ją w Rosji, skąd wróciła po 1945, lecz już bez relikwii świętego, które początkowo były do niej przymocowane i z którymi przypłynęła Bugiem. W 1990 r. natomiast ją skradziono, razem z o 100 lat młodszą ikoną Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Nie pomogło 4-letnie dochodzenie. Dopiero nagroda wyznaczona przez braci przyniosła pozytywny skutek – obie ikony odnalazły się ”w cudowny sposób”. Dziś bezcenne przedmioty są podłączone do alarmu – kiedyś nikomu by to przez myśl nie przeszło. W cerkwi znajdują się także relikwie jeszcze jednego, tym razem lokalnego świętego – Ignacy Jabłczyńskiego. Był on jednym z mnichów, którzy mieszkali w monasterze podczas II wojny światowej. Pewnego razu pod cerkiew przyszli pijani Niemcy. Mnichów stłoczyli w jednym pomieszczeniu, zabrali zapasy żywności, a klasztor podpalili. Święty Ignacy w tym czasie oddawała się akurat swojej pasji, którą było… łowienie ryb. On jeden był na zewnątrz, gdy zaczął się pożar. Widząc płomienie, natychmiast porzucił ryby, przybiegł do dzwonnicy i zaczął szarpać za sznur, aby sprowadzić pomoc z miasteczka. Dźwięk dzwonu usłyszeli też jednak Niemcy; wściekli, zawrócili i zadźgali Ignacego bagnetami. Był on jedyną osobą, która zginęła tamtej nocy. Zabudowania obecnego monasteru pochodzą z XIX w. Do dziś przybywają tu pielgrzymi, aby pokłonić się przed cudowną ikoną. Jednak nie tylko święty Onufry pojawił się w nurcie rzeki. Prawosławne legendy i podania pełne są symboli, które nieoczekiwanie pojawiały się w różnych miejscach, wyznaczając tym samym miejsce kultu. Jabłeczna Kiedy do Gródka przybyli prawosławni mnisi, po kilku latach stwierdzili, że miasto jest zbyt gwarne i nie potrafią w pełni kontemplować tutaj Boga. W poszukiwaniu nowej siedziby, postanowili więc zdać się na Najwyższego: spuścili na rzekę Supraśl krzyz, który płynął, płynął… aż wreszcie zatrzymał się w – niespodzianka – Supraślu. Tutaj mnisi założyli monaster i tutaj trwają po dziś dzień, mimo zawieruchy wojennej i komunistycznej walki z religią. Z ikona związana jest też historia powstania cerkwi w miejscowości Narew. Kiedy w XVI w. kniaż Iwan Wiśniowiecki przeprawiał się w okolicy przez rzekę, zobaczyła w chacie flisaka ikionę świętego Antoniego, przed którą paliła się lampka. Wzruszony pobożnością prostego człowieka postanowił, że ufunduje kaplicę. Rozkazał flisakowi wszystko przygotować i obiecał, że prześle wszystkie potrzebne pieniądze. Kiedy po jakimś czasie wizytował Narew, okazało się, że przewoźnik wziął sobie do serca słowa kniazia i nie szczędził budulca na chwałę Bożą: z kaplicy wyrosła cerkiew. Kniaź jednak, jak obiecał, tak zrobił – pokrył wszystkie wydatki, choć pewnie nie przypuszczał początkowo, że będzie musiał być aż tak hojny. Święty Antoni zamieszkał od tej pory w błękitnej cerkwi, a kopia ikony została umieszczona w skicie, czyli pustelni w miejscu, gdzie ponoć znajdował się szałas flisaka. Wspomniany skit w Odrynkach funkcjonuje do tej pory – mieszka tam obecnie ojciec Gabriel, który zajmuje się ziołolecznictwem. Cerkiew w Narwii Cudowna historia wydarzyła się także w Dubiczach Cerkiewnych. Pierwsza z cerkwi stała w pobliżu wsi, na uroczysku Bachmaty. Niestety, strawił ją pożar, ale w niesamowitych okolicznościach ocalała ikona Matki Bożej, która – niesiona wiatrem – wyznaczyła miejsce kolejnej świątyni. Dzwony spod ziemi Czasem jednak trzeba uważać, bo cerkwie nie tylko pojawiają się w tajemniczych okolicznościach, ale i znikać potafią. Na Podlasiu wielokrotnie słyszałam legendę o świątyni na wzgórzu, która… zapadła się pod ziemię. Wchodzę do sklepu w Rogawce. Kupuję sok i rozpytuję o średniowieczne cmentarzysko, które ma znajdować się we wsi. Wskazują mi współczesny, przycerkiewny cmentarz – ot, kontynuacja tradycji, faktycznie! Wychodzę ze sklepu i pakuję zakupy na rower. Podchodzi do mnie mężczyzna, który stał za mną w kolejce. – Jak panią takie rzeczy interesują, to tu w okolicy jest takie miejsce, gdzie się cerkiew pod ziemię zapadła! Przytakuję – słyszałam już tę wersję kilka razy w różnych miejscach, ale nigdy z konkretami. Tymczasem, w Rogawce – niespodzianka! Spotkany na cmentatrzu pan Eugeniusz, mieszkający we wsi od urodzenia, nie tylko po raz kolejny powtarza mi tę legendę, ale też wskazuje dokładne miejsce, gdzie stała świątynia! – Musi pani skręcić w prawo i pojechać drogą na Krupice. Tam, na najwyższej górze, stała cerkiew. Znam człowieka, który na szczycie przykładał ucho do ziemi i mówił, że dzwony słychać. Miałam w planach jechać prosto, na Siemiatycze. Jak się domyślacie, skręciłam na Krupice. Odnalazłam wzgórze i wspięłam się na szczyt. Słońce świeciło, pogoda była piękna. Rozejrzałam się – dookoła nikogo. Byłam na miejscu związanym z legendą, musiałam spróbować. Usiadłam w wysokiej trawie i przystawiłam ucho do ziemi. Może jednak? Nic. Cisza. Może nie mam tak czułego słuchu jak znajomy pana Eugeniusza? A może to dlatego, że był poniedziałek? Toż w cerkwi najbliższe dzwony będą biły dopiero w sobotę, na wieczernię! Błogosławiona kradzież Niedaleko od Jabłecznej położona jest miejscowość Kodeń, czyli kolejne sanktuarium, do którego przybywają pielgrzymi – tym razem wyznania katolickiego. Dziś znajduje się tutaj cudowny obraz Matki Bożej z Guadelupe. Został on namalowany na podstawie figury Maryi, którą według tradycji miał wykonać św. Łukasz, ewangelista. Rzeźbę podarowano sanktuarium w Guadelupe. Papież Grzegorz Wielki, ofiarodawca, zlecił namalowanie obrazu, który został w Rzymie. Skąd się więc wziął w Kodniu? Historia tego miejsca jest nierozerwalnie związana z rodem Sapiehów, do których należał majątek. Do dziś można oglądać ruiny zamku i kościół św. Ducha, dawną kaplicę pałacową. Jej budowniczym był Mikołaj Sapieha, żyjący w XVII w. Nieszczęśliwie jednak zachorował, czego skutkiem był paraliż ciała. Można tylko wyobrażać sobie, co wówczas czuł potężny niegdyś dziedzic i żołnierz, człowiek ze wszech miar aktywny. Postanowił chwycić się ostatniej nadziei – odbyć pielgrzymkę do Rzymu i tam, przed cudownym obrazem poprosić o łaskę zdrowia. Wyobraźnie sobie, jakie to musiało być przedsięwzięcie logistyczne! XVII w., pielgrzymka przez pół Europy, a główny bohater całego przedsięwzięcia – sparaliżowany! Nieśli go przez kilka krajów, niekiedy przez tereny niebezpieczne, gdzie toczyła się wojna i grasowali rozbójnicy. A jednak dotarli na miejsce. Gdy wreszcie Mikołaj Sapieha wraz ze swym orszakiem dotarł na miejsce, dostąpił zaszczytu spotkania z papieżem i pomodlenia się przed Matką Boską z Guadelupe. Wtedy też miał wydarzyć się cud – dziedzic został całkowicie uzdrowiony! Wzruszony i przepełniony wiarą, Mikołaj został opętany jedną, silną potrzebą: musiał zabrać cudony wizerunek Matki do Polski! Papież Urban VIII odmówił mu jednak; wtedy Sapieha uciekł się do podstępu. Przekupił zakrystiana i zwyczajnie wykradł obraz z kaplicy. Rozpoczęła się ucieczka przez pół Europy. Jeśli dotarcie paralityka do Rzymu było trudne, powrót na pewno nie był łatwiejszy. Bo niby Mikołaj Sapieha był zdrowy i pełny sił, ale uciekanie i krycie się przed papieskim pościgiem po lasach, zapewne również nie zwiększało komfortu podróży. Można by o tym nakręcić dobry film akcji. W każdym razie Sapieha urodził się pod szczęśliwą gwiazdą – 15 września 1631 r. dotarł szczęśliwie do Kodnia, gdzie, w zamkowej kaplicy, umieścił cudowny obraz. Rzecz jasna, papież mu tego nie zapomniał. Urban VIII rzucił klątwę na Sapiehę, wskutek czego został on wyłączony z Kościoła. Nie wolno mu było przyjmować Eucharystii ani nawet wchodzić do świątyni. Mikołaj, aby zdjąć z siebie klątwę, odbył drugą, pokutną pielgrzymkę do Rzymu. Dzięki wstawiennictwu innych duchownych, udało mu się przebłagać papieża i oficjalnie otrzymać obraz w darze. Swoim zuchwalstwem, Mikołaj osiągnął to, co chciał: obraz przedstawiający Matkę Boską z hiszpańskiej Guadalupe do dziś znajduje się w Kodniu. Po powstaniu styczniowym, gdy wiele kościołów zamieniono na cerkwie, ukryto go na Jasnej Górze, skąd powrócił w 1927 r. Dziś ściąga tysiące pielgrzymów, którzy przybywają prosić o uzdrowienie. A Maryja ponoć jest hojna w rozdawania łask. Ogrody przy sanktuarium w Kodniu Nie jest to rzecz jasna jedyne sanktuarium na Podlasiu. Jadąc przez wsie na północ od Drohiczyna, warto jest zajechać do Ostrożan. Znajduje się tam sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej. Dlaczego Śnieżnej? Chrześcijaństwo pełne jest symboli związanych z przyrodą – ikony niesione wiatrem lub krzyże wyławiane z rzek. Niektóre starsze są niż rozłamy religii. W upalne lat 352 r. na rzymski wzgórzu Eskwilin spadł śnieg. Mial to być znak dla patrycjusza Jana, że doczeka się potomka, o którego tak długo prosił, w zamian za co miał ufundować świątynię. Śnieg miał wyznaczyć miejsce jej budowy. W kościele tym – dziś bazylice Matki Bożej Większej – umieszczono obraz Maryi z Dzieciątkiem, którą od tego czasu nazywano Matką Boską Śnieżną. W drewnianym kościółku sanktuarium w Ostrożanach od XVII w. znajduje się jego kopia. Sanktuarium w Ostrożanach Ucieczka od zarazy Świętą Górę Grabarkę zna chyba każdy. Najświętsze miejsce prawosławnych w Polsce znane jest także pod nazwą Góra Krzyży. Bo to właśnie krzyże przynoszą tutaj pielgrzymi proszący o łaski. Małe, duże, średnie, drewniane, zbite za pomocą gwoździ lub po prostu przewiązane sznurkiem. Harcerskie, parafialne, zakonne, z Polski i zza granicy. Dlaczego akurat tutaj? Skąd się wzięło to miejsce kultu? Znów musimy cofnąc się w czasie. 1710 r. nie był dla Podlasia zbyt łaskawy. Mówiąc wprost, był wręcz tragiczny. W regionie szalała wtedy epidemia cholery, pochłaniając tysiące ofiar. Właściwie nie było rodzinym, której nie dotknęłaby choroba. Zrozpaczeni ludzie szukali ratunku w modlitwie. Wówczas jednemu ze starców przyśniło się, że ratunek można znaleźć na pobliskiej górze. Podlasianie udali się tam z własnoręcznie wykonanymi krzyżami. Pili także wodę z pobliskiego, leczniczego źródła. Podobno uratowało się wówczas 10 tysięcy ludzi. Na górze powstała drewniana kapliczka, która stała się zaczątkiem cerkwi i monasteru. Góra Grabarka Podobną historię ma także katolicki kościół św. Rocha w Miłkowicach-Maćkach. Do tego świętego zwracali się miejscowi podczas tej samej zarazy, co zaowocowało licznymi uzdrowieniami. Drohickie kroniki wspominają, że już w drugiej połowie XVIII w. została tam postanowiona dziękczynna kaplica. Dziś znajdziemy obok także drewiany kościółek. Cudowne źródło bije także w Puszczy Białowieskiej! Niedaleko Hajnówki znajduje się malutka cerkiew znana jako Krynoczka. Zarówno świątynia jak i studnia z cudowną wodą znajdują się na terenie wojskowym, ogrodzonym drutem kolczastym… – …ale pójdzie pani w bok i tam jest takie jakby wejście. No, dziura znaczy. Zobaczy pani, ścieżka jest. Istotnie, ścieżka jest. Druty kolczaste są tak rozchylone, że nawet wiele się schylać nie trzeba. Nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać ludzi od pragnienia świętości – nawet wojsko. Wokół studni, na ogrodzeniu, wiszą lniane chusteczki i małe ręczniki. Zastanawiało mnie bardzo, po co to. Skojarzyło mi się to od razu z szamańskimi koniowiązami obwiązanymi barwnymi wstążkami. Daleka analogia! Dlaczego ludzie przychodzący po świętą wodę zostawiają na płocie małe ściereczki? Święta Krynoczka Odpowiedź uzyskałam w pustelni w Odrynkach. Podczas tradycyjnego poczęstunku po służbie, prawosławnej mszy, dosiadłam się do dziewczyny wyglądającej na mniej więcej w moim wieku i zwyczajnie zapytałam. Miała silny wschodni akcent, zaskoczyłam ją, zaczęła mówić do mnie w gwarze, z czasem świadomie przeszła na polski, wtrącając raz po raz ruskobrzmiące słowa. – Tymi chusteczkami ludzie się obmywają – wytłumaczyła mi – Moczą w wodzie i przykładają do twarzy, albo tam gdzie ich boli. Potem zostawiają, bo ciągle mają w sobie świętą wodę. Takie same są też na Grabarce, nie widziałaś? Chusteczki do obmywania co jakiś czas zbiorowo pali się na terenie cerkwi. Cud w Sokółce Takie wydarzenia to jednak nie tylko domena czasów historycznych. Pamiętacie, jak było głośno o cudzie w Sokółce? Podczas rowerowego rajdu przez Podlasie także to miasto znalazło się na mojej liście. Przeżyłam szok, gdy na miejscu doczytałam, że wszystko to działo się w… 2008 r.! Z perspektywy dziejowej, właściwie dopiero chwilę temu! Byłam przekonana, że ta historia jest sporo starsza, a tu proszę – gdy ja świętowałam osiemnaste urodziny, tutaj działy się takie rzeczy. Dla przypomnienia: podczas udzielania Komunii, jeden z księży upuścił komunikant. Zgodnie z procedurą, podniósł go i włożył do wody (tej samej, którą kapłan obmywa ręce podczas mszy), aby się rozpuścił. Pieczę nad tym wszystkim powierzono służącej w parafii zakonnicy. Jakież było wielkie zdziwienie wszystkich, gdy po kilku dniach zamiast wody z rozpuszczonym komunikantem znaleziono na opłatku krople ludzkiej krwi. Historia na okładkę, ale na szczęście księża zachowali zimną krew i najpierw zgłosili to zwierzchnikom. Łatwo o sensację, lecz cuda mają to do siebie, że nie zdarzają się codziennie. Należało się upewnić. Przeprowadzono szereg badań naukowych, które miały sprawdzić, z czym w ogóle mamy do czynienia. Potwierdziło się, że krew jest autentyczna, ludzka, mało tego – pochodzi z mięśnia sercowego osoby znajdującej się w stanie agonalnym. Cudowny komunikant umieszczono w kościelnej kaplicy. Ostatnio kościół w Sokółce oficjalnie uzyskał status sanktuarium. Słowo Boże na płatkach kwiatów zapisane – Archanioł Gabriel ujawnił Mahometowi Słowo Boże w nocy i tylko Księżyc był tego świadkiem. Dlatego to on jest teraz symbolem islamu. I Mahomet pozbierał Słowo, które zostało mu objawione. A to Słowo było zapisane w przyrodzie: na płatkach kwiatów, na listkach, na kamieniach. Przewodniczka z Bohonik to starsza, lecz energiczna kobieta, biegająca między meczetem a rodzinną restauracją w tatarskim nakryciu głowy. Na wszystko miała odpowiedź, każdą dyskusję dociekliwych turystów ucinała, kulturalnie acz stanowczo. Całą wiedzę, którą przekazała nam w meczecie wyrecytowała z pamięci – widać, że opowiada to codziennie. Tak samo jak przewodnik z Kruszynian, kolejnej wiosce, w której znaleźć można meczet. Muzułmańska świątynia w Kruszynianach właściwie przypomina wiejski kościółek. Drewniany, z dwoma kanciastymi wieżami zamiast smukłych minaretów. – Żyjemy w Polsce, meczet budowali polscy robotnicy, więc zrobili na polską modłę – tłumaczy przewodnik – Co za różnica? Ważne, żeby mihrab był. Bóg i tak jest wszędzie. Mihrab, czyli półokąrła nisza w ścianie, która wskazuje kierunek na Mekkę i w której staje imam podczas odmawiania modlitwy. Miejscowy imam, który dojeżdża do Kruszynian, by sprawować najważniejsze uroczystości, ma żonę i dzieci. Mieszka w Białymstoku i obecnie jest na urlopie tacierzyńskim. Jego żona wróciła do pracy po porodzie. – U nas wszystko jest normalnie, wszak jesteśmy Polakami – mówią. Meczet w Kruszynianach Skąd w ogóle wzięli się w Polsce muzułmanie? Ich obecność zadzięczamy Janowi Sobieskiemu, który – spłukany po licznych wojnach – zwyczajnie nie miał jak zapłacić żołdu swoim tatarskim żołnierzom. Tatarzy, obecnie mający więcej wspólnego z Turkami niż z mongolskimi zabójcami krakowskiego hejnalisty, dostali w ramach wynagrodzenia… ziemię. Osiedlili się pod Małaszewiczami, Bohonikami, Kruszynianami ze wszystkimi prawami, które przysługiwały polskim obywatelom i z jednym obowiązkiem: służby wojskowej. Mogli nawet żenić się z miejscowymi kobietami – pod warunkiem jednak, że przejmą ich nazwiska. Stąd też dzisiaj w spisie mieszkańców, próżno szukać tatarskich nazw. Coraz częściej jednak wraca się do tradycyjnych imion. Dziś meczety i mizary – tatarskie cmentarze – to jedna z atrakcji turystycznych Podlasia. Razem z miejscową kuchnią. Tatarzy, jak sami podkreślają, nie czują się Polakami – oni po prostu nimi są. Ale równie silnie pamiętają o swoich korzeniach i starają się je przybliżać wszystkim odwiedzającym. Mizar w Kruszynianach Ruiny dawnej chwały Gdyby nie tablica informacyjna przy jeden z dwunastu dróg odchodzących od ronda (!) w Krynkach, ominęłabym ruiny Wielkiej Synagogi. Został po niej dosłownie przysłowiowy kamień na kamieniu, na dodatek mocno zaniedbany przez miasto, gęsto porośnięty zielskiem wszelkiej maści, wśród których przechadzają się bezodmne koty – niczym ostatni strażnicy świątyni. – Z drugiej strony panie zajdzie, trochę lepiej widać – radzi mi przechodzący obok starszy pan. W mieście znajdują się także inne budynki związane z funkcjonującą tu przed wojną gminą żydowską: bożnica chasydów, synagoga “kaukaska” będąca śladem po kupcach z Kaukazu, sprowadzających do Krynek skóry. Dziś nieco zaniedbane budynki są częścią ośrodka kultury bądź stoją nieużywane, z zamurowanymi oknami. W Siemiatyczach żydowski dom talmudyczny zajmuje dziś zasadnicza szkoła zawodowa. Ha-Kodesz w synagodze we Włodawie – szafa ołtarzowa do przechowywania Tory Zwiedzałam wiele cerkwi i kościołów, ba, nawet dwa meczety i zawsze oprócz funkcji turystycznej, obiekty te pełni także przede wszystkim funkcje sakralne. Tutaj jest na odwrót. Synagogi w Tykocinie czy Włodawie są piękne i warte odwiedzenia, lecz dziś są jedynie muzeami. Czasem jeszcze pełnią rolę sal koncertowych, są wykorzystywane na wszelkiej maści festiwalach międzykulturowych – lecz na co dzień to puste budynki, w których nikt już nie zapala chanukowych lampek ani nie powtarza modlitw. Mimo że znam historię wojny, mimo że odwiedziłam Oświęcim, mimo że widziałam wiele zniszczonych, żydowskich kirkutów, mimo że wiem, które budynki w Warszawie stoją na miejscu dawnych świątyń i gdzie było getto – dopiero jadąc przez Podlasie dotarło do mnie, czym właściwie był holokaust i na jaką skalę go przeprowadzono. Przed wojną tutaj w co drugim mieście można było znaleźć żydowskie dzielnice, sklepy, warsztaty, szkoły talmudyczne. Dzisiaj tych ludzi po prostu już nie ma. Do Włodawy po 1945 wróciło dosłownie kilku Żydów. Kropla w morzu, w porównaniu z ich wcześniejszą populacją. Zamknięta na głucho synagoga w Orli Dzisiaj po dawnej gminie został tylko symbol, w postaci żydowskiego dnia na Festiwalu Trzech Kultur we Włodawie. Spotkanie dwóch religii Chwalić Boga wszystkimi sposobami – My tu wszyscy w zgodzie żyjemy. Prawosławni z katolikami, co to za różnica? Jak jest jakieś katolickie święto, to my też szanujemy, nie pracujemy, nie przeszkadzamy – pani Irenka z Topiła w Puszczy Białowieskiej – Mamy swoją religię i tradycje, ale żyjemy jak wszyscy. U mnie w domu na przykład: żona – katoliczka. Tak samo jak córka. A syn jest muzułmaninem. Każda religia chce zachować dzieci przy sobie! – przewodnik z meczetu w Kruszynianach. – Ja to wszystkim pomagam, co za różnica, czy prawosławny czy katolik, Bóg jest jeden – szeptucha z przygranicznej wsi. Zatrzymałam rower przy niewielkim kościółku, gdzieś na południe od Augustowa. W obejściu – pomniki przypominające o obławie z 1945 r. Weszłam do środka. Kościółek był katolicki. Z głównego ołtarza patrzył na mnie Jezus wiszący na krzyżu. Obok wyłożone ikony, świeczki można zapalić, niczym w prawosławnej cerkwi. Bo w sumie co to za różnica?
Kiedy wracałem z moim sześcioletnim synem ze mszy, Staś wykrzyknął nagle z zachwytem: „Tato, popatrz jaką piękną tęczę wymalował nam na Niebie Pan Bóg!”. Tęcza była faktycznie zachwycająca. Dawno już nie widziałem tak wyraźnej i tak ogromnej. Wydawała się rozpościerać na cały nieboskłon. Niebo było ciemne od burzowych chmur, ale tęcza miała niezwykle jaskrawe kolory. Nic dziwnego, że ten widok spontanicznie skierował myśli Stasia ku Bogu. Już biblijny mędrzec Syrach pisał: „Patrz na tęczę i wychwalaj Tego, kto ją uczynił, nadzwyczaj piękna jest w swoim blasku: otacza niebo kręgiem wspaniałym, a napięły ją ręce Najwyższego” (Syr 43, 11-12). Kiedyś ludzie nie wiedzieli, jak to możliwe, że na niebie pojawia się nagle wielobarwny łuk złożony z siedmiu kolorów (fioletowego, granatowego, niebieskiego, zielonego, żółtego, pomarańczowego i czerwonego). Przypisywali to Bogu jako jeden z Jego cudów. Obecnie nawet dzieci mają świadomość, że to fascynujące zjawisko optyczne i meteorologiczne powstaje w wyniku rozszczepienia białego światła, załamującego się i odbijającego wewnątrz licznych kropli wody (np. deszczu i mgły). Następnie światło każdego koloru odbija się od wewnętrznej powierzchni kropli i opuszcza je pod charakterystycznym dla siebie kątem. Staś również o tym wie. Pokazywałem mu jak działa pryzmat i jak można domowymi sposobami rozszczepić światło. Nie przeszkodziło to jednak mojemu synkowi w odczuwaniu wdzięczności wobec Boga za to, że na niebie pojawiła się wspaniała tęcza. Ostatecznie przecież to Bóg tak urządził świat, że światło może się rozszczepiać. Co ciekawe w Biblii tęcza zawsze związana jest z Bogiem. Znak Przymierza z ludzkością Pierwsza biblijna wzmianka o tęczy pojawia się w opisie Przymierza, które Bóg zawarł z Noem i jego potomstwem, gdy po Potopie wyszli z Arki (Rdz 9, 8-17; Iz 54, Według Księgi Rodzaju wody Potopu zalały cały świat, zabijając wszystkie żywe istoty lądowe. Przeżył tylko Noe, jego rodzina i zwierzęta, które zabrał na swoją Arkę. Po Potopie Bóg zawarł z Noem Przymierze, zobowiązując ludzkość do rozmnażania się i zapełniania ziemi (Rdz 9, Zabronił spożywania krwi (Rdz 9,4) i zakazał mordowania słowami „[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga” (Rdz 9, 6). Później w tradycji rabinicznej rozwinięto te przykazania do siedmiu zwanych obecnie prawem noahickim (Szewa micwot Bnei Noach): zakaz jedzenia części żywego zwierzęcia (Ewer min ha-Chai), złorzeczenia Bogu (Birkat Haszem), kradzieży (Gezel), bałwochwalstwa (Awoda zara), zakaz niemoralnych stosunków seksualnych, takich jak homoseksualne czy zoofilne (Gilui arajot), zakaz mordowania (Szefichat damim) oraz nakaz ustanowienia sądów do egzekwowania tych praw (Dinim). Przykazania te miały być podstawą istnienia każdej ludzkiej społeczności. Według biblijnego opisu Bóg postanowił, aby półkolisty wielobarwny łuk był widzialnym znakiem popartej Przymierzem obietnicy Boga, że już nie zgładzi ludzkości: „Zawieram z wami przymierze, tak iż nigdy już nie zostanie zgładzona wodami potopu żadna istota żywa i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię». Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi». Rzekł Bóg do Noego: «To jest znak przymierza, które zawarłem między Mną a wszystkimi istotami, jakie są na ziemi»” (Rdz 9, 11-17). Panują różne opinie co do tego, czy była to pierwsza tęcza, jaką widzieli ludzie. Niektórzy są zdania, że tęcze pojawiały się już wcześniej, ale po potopie Bóg „dał” tęczę w tym sensie, że istniejącemu wcześniej zjawisku nadał szczególne znaczenie, szczególny sens. Jest to jednak pierwsza wzmianka o tęczy i gdyby widywano ją już wcześniej, ogłoszenie jej przez Boga specjalnym znakiem Jego Przymierza nie miałoby tak mocnej wymowy. Byłaby wtedy czymś powszednim, a nie znamiennym symbolem pewnej zmiany, czyli czegoś nowego. Tekst biblijny sugeruje więc raczej, że ludzie ujrzeli wtedy tęczę po raz pierwszy. Łuk Boga W języku hebrajskim tęcza jest określana tym samym słowem, które normalnie znaczy „łuk” (hebr. keszet), co więcej łuk o charakterze wojskowym, stosowany przez żołnierzy podczas walki. Zdaniem niektórych biblistów za użyciem tego słowa w kapłańskim opowiadaniu o Potopie kryje się tło mitologiczne. Podobnie jak inne bóstwa starożytnego Bliskiego Wschodu, tak i Bóg Izraela był często przedstawiany jako wojownik, Bóg burzy. Błyskawice nazywano Jego strzałami, które wypuszcza ze swego łuku (por. Ps 18, 15; 77, 18; Ha 3, 9-12; Mdr 5, 21). Ukazanie się tęczy po Potopie mogło więc być dla autora tego opisu znakiem, że Bóg burzy już nigdy nie użyje swej najpotężniejszej broni, aby dokonać totalnego zniszczenia. Położył ją bowiem na obłokach, jak gdyby w składzie rzeczy nieużywanych. Łuk widoczny na obłokach jest widzialną gwarancją, że nie zostanie użyty. Bóg przyrzekł ludziom, że więcej już nie zgładzi ludzkości wodami Potopu. Znamienne jest to, że według Księgi Rodzaju tęcza miała „przypominać” nie tyle Noemu, co samemu Bogu, że ludzkość zasługuje na ocalenie, ponieważ zawarł z nią Przymierze. Tęcza symbolizuje więc nadzieję i przychylność Boga, a innymi słowy – Jego miłosierdzie. Dopóki pojawia się na niebie, Bóg miłosiernie i łaskawie powstrzymywać będzie swój gniew wobec ludzkości. Nawiązanie do przysięgi danej Noemu znajdziemy w przymierzu pokoju. Biblia mówi: „W przystępie gniewu ukryłem przed tobą na krótko swe oblicze, ale w miłości wieczystej nad tobą się ulitowałem, mówi Pan, twój Odkupiciel. Dzieje się ze Mną tak, jak za dni Noego, kiedy przysiągłem, że wody Noego nie spadną już nigdy na ziemię; tak teraz przysięgam, że się nie rozjątrzę na ciebie ani cię gromić nie będę. Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą” (Iz 54, 8-10). Kiedy w 2006 roku papież Benedykt XVI odwiedzał dawny niemiecki obóz koncentracyjny w Auschwitz, na niebie nieoczekiwanie pojawiła się tęcza. Świat obiegły zdjęcia papieża (będącego Niemcem) modlącego się na terenie byłego niemieckiego obozu, podczas gdy na niebie widnieje tęcza, która w Starym Testamencie jest znakiem Przymierza zawartego przez Boga z ludzkością ocalałą po potopie. Wielu ludzi dostrzegło w tym symboliczną wymowę, a nawet znak od Boga. Symbol Bożej chwały Do wspaniałości, piękna i tchnącego spokojem widoku tęczy po burzy nawiązują biblijne opisy Boga i Jego tronu. Kiedy Ezechiel otrzymał wizję rydwanu Boga, zobaczył w jego środku świetlistą postać, podobną do człowieka. Następnie czytamy: „wokół niego promieniował blask. Jak pojawienie się tęczy na obłokach w dzień deszczowy, tak przedstawiał się ów blask dokoła. Taki był widok tego, co było podobne do chwały Pańskiej. Oglądałem ją. Następnie upadłem na twarz i usłyszałem głos Mówiącego” (Ez 1, 28). Chwała Boża (hebr. kebod JHWH, gr. doksa tou Kyriou) to majestat Boga (zhipostazowany), czyli uwidoczniona w dziele stworzenia jego potęga i okazałość, a w dziele zbawienia jego świętość. Autorzy tekstów biblijnych pod nazwą chwały Bożej rozumieli to, co wzbudza cześć dla Boga, czyli jego potęgę (Lb 14, 21-22; Pwt 5, 21; Iz 3, 8; Jr 13, 16; Ps 19, 2; 96, Ne 9, 9) i świętość (Wj 14, 16,7; 29,43-46; Iz 40,5), których manifestacją w świecie były stworzone przez Boga dzieła bądź jego teofanie. Niektóre z tych teofanii odbierano jako oślepiające promieniowanie istoty Bożej, ukazującej się w obłoku lub jaśniejącym ogniu (Wj 24, 15-16; Pwt 4, 11-12). Podczas wędrówki przez pustynię głównym miejscem takich objawień był Namiot Spotkania (Wj 29, 43; 40, 34-35; Kpł 9, potem zaś Świątynia Jerozolimska (1 Krl 8, 11). W świadomości autorów biblijnych zjawiska te równały się samoobjawieniu samego Jahwe (Wj 33, 18-23; Ez 8, 1). Możemy powiedzieć, że tęcza daje nam obraz piękna, które wierzący zobaczą, gdy Bóg ponownie przyjdzie, aby napełnić Ziemię swoją chwałą (Hab 2, 14). Jeden raz porównanie do tęczy pojawia się w odniesieniu do człowieka – w hymnie pochwalnym na cześć arcykapłana Szymona (Syr 50, 5-7). Opis ten sugeruje, że jednak był on postrzegany jako figura mesjańska, tzn. jako zapowiedź i symbol przyszłego Mesjasza (z chrześcijańskiego punktu widzenia arcykapłan Szymon jest w tym hymnie przede wszystkim figurą samego Jezusa Chrystusa). Wokół tronu i nad głową Anioła W Apokalipsie św. Jana, która zapowiada koniec panowania człowieka na ziemi i przyjście Jezusa w celu ustanowienia Jego Królestwa, tęcza (po grecku iris) przywołana została przy opisie Bożego tronu: „Doznałem natychmiast zachwycenia: A oto w niebie stał tron i na tronie [ktoś] zasiadał. A Zasiadający był podobny z wyglądu do jaspisu i do krwawnika, a tęcza dokoła tronu – podobna z wyglądu do szmaragdu. Dokoła tronu – dwadzieścia cztery trony, a na tronach dwudziestu czterech siedzących Starców, odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote wieńce” (Ap 4, 2-4). W opisie tronowej sali Boga żaden z symboli nie znalazł się przypadkowo. Każdy ma swoje konkretne znacznie, którego odczytanie pozwala lepiej zrozumieć cały przekaz. Tak samo jest w przypadku tęczy. Odnosi się ona bezpośrednio do boskiego Miłosierdzia z Księgi Rodzaju. Tym, co może budzić pewne zdziwienie, jest natomiast szmaragdowozielony kolor tęczy. Kolejna wzmianka o tęczy znajduje się w 10 rozdziale Apokalipsy. Zaczyna się on od opisu majestatycznego anioła zstępującego z nieba. Jan określa go jako „innego potężnego anioła” (Ap 10, 1), aby odróżnić go od siedmiu aniołów dmących w trąby: „I ujrzałem innego potężnego anioła, zstępującego z nieba, obleczonego w obłok, tęcza była nad jego głową, a oblicze jego było jak słońce, a nogi jego jak słupy ogniste” (Ap 10, 1). Anioł ten odgrywa kluczową rolę i wykonuje szczególne zadanie. Jest inny niż pozostali apokaliptyczni aniołowie i jego zadanie wyraźnie różni się od ich roli. Według Apokalipsy został on wyznaczony do przekazania Janowi zapisanego zwoju, który ma pozostać tajemnicą. W historii egzegezy anioł ten bywał utożsamiany z samym Chrystusem. Symbolika kolorów Określoną symbolikę przypisywano też poszczególnym kolorom, które możemy odnaleźć w tęczy, aczkolwiek warto pamiętać, że starożytni rzadko postrzegali ją jako siedmiobarwną. Najczęściej mówiono o trzech kolory tęczy. Dla Arystotelesa były to: czerwony, zielony i fioletowy, a dla Pliniusza: czerwony, fioletowy i niebieski. Z tego właśnie powodu Bazyli Wielki widział w niej symbol Trójcy Świętej, która łączy w sobie trzy Osoby Boskie, podobnie jak tęcza łączy w sobie trzy kolory. Św. Grzegorz Wielki dostrzegał w symbolice tęczy odniesienie do Ducha Świętego i sakramentu chrztu. Uważał, że można w niej ujrzeć wodę chrztu (czyli kolor niebieski) oraz ogień Bożej miłości (kolor czerwony). Według niego tęcza, składająca się z barwy wody oraz ognia, pojawiała się na niebie jako znak pojednania i przypominała słowa Jezusa: „Jeśli ktoś się nie narodzi z wody i Ducha Świętego, nie może wejść do królestwa Boga” (J 3, 5). Gotfryd z Viterbo, saski historyk, teolog i poeta z przełomu tysiącleci, uważał, że barwy tęczy symbolizują: potop za dni Noego (kolor niebieski), ogień końca świata (czerwony) i żywotność przyszłego, nowego świata (zielony). Odkąd utrwalił się pogląd, uważający tęczę za siedmiobarwną (wyliczając w niej po kolei kolor czerwony, żółty, niebieski, oranż, zieleń, indygo i fiolet), zaczęła ona symbolizować także siedem sakramentów i siedem darów Ducha Świętego. Taką interpretację tęczy w Ap 4, 2 znajdziemy choćby w komentarzu Hansa von Balthazara pt.: „Księga Baranka”. Bywało również, że interpretowano tęczę jako symbol Matki Boskiej Pośredniczki Łask. Ponadto w sztuce średniowiecznej często przedstawiano Chrystusa Króla, zasiadającego na tęczy. Przykładem mogą być obrazy Hansa Memlinga czy Fra Angelico. Ukradziona tęcza Oczywiście motyw tęczy wykorzystywały bardzo różne środowiska i organizacje, obecnie zaś kojarzy się ona głównie z ruchem LGBT, a nie z biblijnym znakiem Przymierza, z którym kojarzyła się ludziom przez wieki. W 1978 roku niejaki Gilbert Baker zaprojektował dla społeczności homoseksualnej w San Francisco flagę z sześcioma barwnymi pasami. Bardzo szybko przejęły ją jako swój sztandar wszelkie mniejszości seksualne. Odtąd sześciokolorowa, tęczowa flaga stanowi manifest określonej ideologii, która jest nie tylko niechrześcijańska, ale wręcz antychrześcijańska. Posługiwanie się tym symbolem służy wyrażaniu akceptacji dla dążeń środowisk LGBT i taki właśnie charakter miała między innymi instalacja na Placu Zbawiciela w Warszawie. Kiedy pewna „artystka” rozlepiała na murach zmodyfikowany wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą, na której zamiast złotej barwy, widać było kolorowe pasy flagi LGBT, pojawiły się głosy, że katolicy nie powinni się oburzać i mówić o jakiejś profanacji Ikony Jasnogórskiej, bo przecież tęcza to znak Przymierza, jakie z ludźmi zawarł Bóg po biblijnym Potopie. Były premier przypominał nawet dzieło Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny”, gdzie Chrystus ukazany jest na tle wielkiej tęczy. W podobnym tonie wypowiedział się także pewien sympatyczny skądinąd pastor luterański. Smutne to, bo w wypowiedziach tych dostrzegam po prostu intelektualną nieuczciwość. Myślę, że nawet dla wypowiadających te słowa było całkiem oczywiste, iż osoba, która przerobiła w taki sposób wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, nie chciała wcale nawiązać do tęczy jako znaku przymierza. Jej celem była prowokacja i chęć obrażenia katolików poprzez sprofanowanie tego, co jest dla nich święte. Odczytanie znaczenia każdego symbolu zależy od kontekstu, w jakim został on umieszczony oraz od intencji. W tym wypadku intencje były oczywiste. Warto przywołać słowa, które wypowiedział w Radiu Maryja biblista, ks. prof. Henryk Witczyk: „Czym innym jest tęcza Boża, dokładniej mówiąc łuk Boży, który Pan Bóg kładzie na obłokach w świetle tekstu Księgi Rodzaju (Rdz 9) – wydarzenie kończące Potop, a czym innym jest flaga LGBT. Te dwa symbole nie tylko nie mają ze sobą nic wspólnego, ale stoją po przeciwstawnych stronach, mają odwrotne znaczenie. Tak jak łuk Boży, tęcza Boża jest symbolem życia, tak flaga LGBT – idąc za terminologią i nauczaniem Jana Pawła II – jest symbolem cywilizacji dążącej do śmierci”. Roman Zając Artykuł ukazał się w Któż jak Bóg 6/2019. Wciąż można zakupić archiwalny numer
Czyżby chmury i słońce były symbolem jakiegoś przesłania z nieba? Czy w ten sposób winniśmy odczytywać intrygujące fotografie?Ostatnimi czasy na forach społecznościowych pojawiło się kilka niezwykle intrygujących fotografii przedstawiających niecodzienne kształty chmur i zjawiska wywołane światłem licznych komentarzach, często o apokaliptycznym zabarwieniu, nie zabrakło takich określeń jak „znaki”, „cuda” czy „ostrzeżenia”. Oto 4 najbardziej niezwykłe także:Czy widzisz na tym zdjęciu różaniec utworzony z wody?Chmura w kształcie twarzy dziecka w łonie matki (Francja)Zdjęcie to stało się internetowym viralem po tym, jak pokazała je TV France 3 w dniu 22 czerwca 2018 r. Wykonała je Laury Moussière, mieszkanka Cournon d’Auvergne, miasta w centralnej Francji, w sierpniu 2017 wydaje się przedstawiać twarz dziecka w łonie matki. Duża część komentarzy łączy ten obraz z nasilającymi się w wielu krajach nastrojami proaborcyjnymi, uważając to zjawisko za „nadprzyrodzony znak” w obronie w kształcie Ducha Świętego nad RzymemNiektórzy widzą w tej ogromnej chmurze obraz „gołębia pokoju”, „orła” lub wręcz widzialną postać Ducha Świętego. Fotografia ta krąży po internecie już od wielu lat, a jej autentyczność nie została nigdy miejsce jej wykonania wskazywano już Jerozolimę, Zacatecas (Meksyk) i Rzym. Rzeczywiście, budynek z prawej strony fotografii to watykańska Bazylika św. słońca w formie „Chrystusa Zbawiciela” (Włochy)Zdjęcie zrobione o zachodzie słońca na południu Włoch, którego autorstwo przypisuje się włoskiemu przedsiębiorcy z Agropoli, Alfredo Lo Brutto. Przedstawia ono świetlaną postać utworzoną przez promienie słoneczne przebijające się poprzez tej stojącej postaci przypominają unoszącego się nad Morzem Tyrreńskim Jezusa Chrystusa. Internauci wskazują podobieństwa z figurą Chrystusa Zbawiciela w Rio de która „objęła” bazylikę maryjną w Costa RicaMiało to miejsce w sobotę, w dzień tygodnia poświęcony Matce Bożej, w mieście Cartago, niedaleko San José, stolicy Costa Rica, dokładnie nad Bazyliką Matki Bożej Anielskiej, patronki krajów Ameryki Środkowej. Był 3 listopada 2018 r. Tęcza jako taka nie jest niczym niezwykłym – to zjawisko całkiem naturalne i dość powszechne. Jednak w tym obrazie urzekła jej „doskonałość” i bez wątpienia symboliczność – łuk światła i kolorów ozdabiający kościół poświęcony Matce Bożej, patronce całego to są cuda?Nie. Z technicznego punktu widzenia nie można mówić o cudzie, gdy istnieją prawdopodobne naukowe wytłumaczenia jakiegoś wydarzenia. Często zdarza się, że zjawiska natury przyjmują dziwne i intrygujące kształty, mogą wręcz przypominać dzieje się nie tylko z chmurami, dotyczy to też kwiatów, kształtów korony drzew, zarysów gór, rzecznych zakoli widzianych z lotu ptaka. Zjawisko polegające na tym, że abstrakcyjne wzory wydają się mieć realne kształty naukowo nazywa się pareidolia (z greckiego para – podobny, eidolon – obraz, figura).Użycie terminu „cud” jest dość powszechne i częste, aby opisać jakieś zjawisko, które wydaje się nadprzyrodzone – w większości przypadków użycie tego słowa jest zamierzone i spowodowane dobrymi intencjami, jednak jako termin techniczny w tych przypadkach pojawia się pochopnie i to zjawiska niewytłumaczalne naukowo, które przeczą znanym nam prawom natury. Powyższe przypadki można bez problemu wytłumaczyć jakieś zjawisko mogło być oficjalnie uznane za nadprzyrodzone, musi zostać najpierw poddane dokładnym i szczegółowym badaniom. Kościół katolicki opiera się na bardzo surowych naukowych kryteriach, zanim ogłosi jakieś zjawisko uzdrowienia są badane przez dziesiątki lat, zanim Kościół uzna je za cudowne. Każdy przypadek musi być dokładnie przebadany przez lekarzy, oceniony przez naukowców (w większości świeckich, a nawet ateistów), poddany publicznej ocenie i dopiero po przeprowadzeniu wszelkich naukowych analiz kościelne komisje teologiczne przeprowadzają analizę teologiczną (możesz dowiedzieć się co nieco na temat dokonywanej przez Kościół delikatnej oceny domniemanych cudów, klikając na poniższy artykuł o 7 kryteriach, jakie muszą być spełnione, aby uznać za cud uzdrowienia dokonujące się w Lourdes: 7 kryteriów cudownego uzdrowienia).Czytaj także:Pokazała na zdjęciu, jak mleko kobiece zmusza bakterie do ucieczki. Internauci zachwyceniCzy to są znaki?Jeśli za „znak” uznamy coś, co jest nośnikiem „znaczenia”, to nie ma błędu w nazywaniu tych zjawisk znakami natury – czyli „przewidzianymi” w naturalnym porządku rzeczy. Jak bardzo niespotykane by się one nie wydawały, potwierdzają jedynie ów naturalny porządek. A to już samo w sobie jest porywające: istnieje naturalny porządek zamiast zwykłego rzeczy samej, nie tylko sprawy nadprzyrodzone mogą nami wstrząsnąć; sama natura, włącznie z naszą zdolnością do podziwu piękna, ma nam wiele „do powiedzenia” – fascynująca niezwykłość natury sama w sobie skłania nas do stawiania kluczowego dla filozofii i nauki pytania: co jest początkiem tego wszystkiego? Nawet wydarzenia całkowicie wytłumaczalne przez naturalny porządek rzeczy mogą stać się „zapalnikiem” dla bardzo ważnych wierzy, że Bóg przemawia do nas przez znaki, czy to naturalne, czy nadprzyrodzone, i że On zawsze pozostawia wolności sumienia każdego z nas ostateczną ocenę i interpretację. Nawet ateiści zwykli podkreślać, że tragedie są „dowodem” na nieistnienie Boga, osadzając swoją „wiarę” w nieistnienie Boga na subiektywnie interpretowanych dowodach (które, z punktu widzenia nauki, nie mają wartości dowodów).Dla kogoś, kto wierzy w nieistnienie Boga, wszystko jest i będzie zwyczajnym przypadkiem i brakiem sensu. Dla kogoś, kto wierzy w Boga i w nadprzyrodzony sens życia, wszystko jest i będzie wielkim cudem, o którym świadczy mnóstwo pełnych sensu znaków.„Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza” [Ps 19 (18), 2].Czytaj także:Oto Jonasz XXI wieku. Wieloryb połknął go „przez pomyłkę”
twarz boga na niebie